Przepraszam, że rozdział pojawił się z lekkim opóźnieniem, ale byłam u rodziny i nie zdążyłam go dokończyć. Przepraszam, że jest krótki ale następny będzie zdecydowanie dłuższy! :3
Za chwilę mam odprawić swój szlaban. Nie będzie tak źle, bo będę z Hagridem. Związałam włosy w kucyka, założyłam grube dresy, polarową bluzę, wzięłam kurtkę z szafy i wyszłam z dormitorium i... prawie spadłam ze schodów. Przy kominku siedział Max. Cholera. Bezszelestnie (przynajmniej tak mi się wydawało) przeszłam przez pokój wspólny kierując się do dziury pod portretem. Niestety, zauważył mnie.
- Hej, Rose! Gdzie się wybierasz?! - spytał, śmiejąc się.
- Nie twój interes. - mruknęłam, wychodząc.
Właśnie wychodziłam na błonia, kiedy ten idiota mnie dogonił.
- No gdzie się wybierasz?! Chyba nie na spacerek o tej porze!
- Po co za mną idziesz?! Nie twój interes, powiedziałam ci już to!
- Ależ mój.
- Nie jesteś moim chłopakiem! Nie będziesz mi mówić co mam robić!
- Nie mówię ci, co masz robić...
- Przez ciebie się spóźnię! Idź już!
Kopnęłam go w łydkę, tak że syknął z bólu. Lekcje przetrwania z Jamesem odniosły sukces.
Pobiegłam szybko do chatki. W oknach świeciło się światło. Czyli chyba nie idziemy do Zakazanego Lasu...? Uff, dziękuję! Zapukałam do drzwi. Po paru sekundach usłyszałam szczekanie psa.
- KIEŁ! CICHO! - krzyknął gajowy.
Nagle otworzyły się przede mną drzwi. Stał w nich uśmiechnięty Hagrid.
- Wchodź, Rose.
Szybko weszłam do środka.
- To... Co muszę robić? - zapytałam, wysilając się na uśmiech.
- No więc... Pomożesz mi czyścić te gary... W których było jedzenie dla przeróżnych zwierząt.
Wzdrygnęłam się.
- Nie jest tak źle. Masz rękawiczki.
Podał mi tak wielkie rękawiczki, że zmieściłabym tam spokojnie cztery pary rąk.
Hagrid wyszedł na chwilę z chatki, a po chwili wrócił z sześcioma, ogromnymi dzbanami, które śmierdziały jak... Fu.
- No więc... Jak zapewne zaraz zauważysz... W środku mają pełno liści, mięsa...
Nie słuchałam go dalej bo wybiegłam przed chatkę i zwymiotowałam. Najzwyczajniej w świecie mnie zemdliło.
- Rose, wszystko do... - Urwał, widząc mnie.
- T-tak... Wszystko d-d-dobrze... J-już idę...
- W takim stanie? Powiem profesor McGonagall...
- Hagridzie, nic mi nie jest! Po prostu... Trochę zemdlił mnie zapach tych dzbanów.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Może chcesz...
- Wystarczy mi klamerka.
Gajowy podszedł do suszarki na dworze, ściągnął jedną klamerkę i podał mi ją. Założyłam ją sobie nas nos... I tak przez dwie godziny myłam dzbany... Eh, mam nadzieję, że to mój ostatni szlaban...
Była godzina 24.00. Właśnie wychodziłam z chatki. Przyznam, trochę się bałam. Nagle... Wpadłam na Scorpiusa. Matko, ten chłopak jest wszędzie.
- Hej Rose, co ty tutaj robisz o tej porze? - zapytał z uśmiechem.
- Mogę się o to samo spytać ciebie. - odparłam z uśmieszkiem.
Zarumienił się. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo panowały Egipskie Ciemności.
- Spytałem się Albusa, bo...
Teraz to ja spiekłam raka. Na szczęście on tego nie widział.
- I nie chcę, żebyś sama szwendała się o tej porze.
Jaki opiekuńczy. Pff.
- Jeżeli pozwolisz, odprowadzę cię do dormitorium.
- T-tak... Oczywiście...
Uśmiechnął się, łapiąc mnie za rękę.
Szliśmy po schodach, uciekając przed Filchem.
Kiedy weszliśmy po chyba tysięcznym schodku i znaleźliśmy się przed portretem, Scorpius pochylił się i... Pocałował mnie w usta. Tak po prostu. Odwzajemniłam pocałunek i kleiliśmy się do siebie tak kilka minut, aż usłyszeliśmy, że ktoś wchodzi po schodach. Odsunęłam się i powiedziałam szeptem.
- Dobranoc.
- Dobranoc. - odpowiedział również szeptem.
- Hej, Rose! Gdzie się wybierasz?! - spytał, śmiejąc się.
- Nie twój interes. - mruknęłam, wychodząc.
Właśnie wychodziłam na błonia, kiedy ten idiota mnie dogonił.
- No gdzie się wybierasz?! Chyba nie na spacerek o tej porze!
- Po co za mną idziesz?! Nie twój interes, powiedziałam ci już to!
- Ależ mój.
- Nie jesteś moim chłopakiem! Nie będziesz mi mówić co mam robić!
- Nie mówię ci, co masz robić...
- Przez ciebie się spóźnię! Idź już!
Kopnęłam go w łydkę, tak że syknął z bólu. Lekcje przetrwania z Jamesem odniosły sukces.
Pobiegłam szybko do chatki. W oknach świeciło się światło. Czyli chyba nie idziemy do Zakazanego Lasu...? Uff, dziękuję! Zapukałam do drzwi. Po paru sekundach usłyszałam szczekanie psa.
- KIEŁ! CICHO! - krzyknął gajowy.
Nagle otworzyły się przede mną drzwi. Stał w nich uśmiechnięty Hagrid.
- Wchodź, Rose.
Szybko weszłam do środka.
- To... Co muszę robić? - zapytałam, wysilając się na uśmiech.
- No więc... Pomożesz mi czyścić te gary... W których było jedzenie dla przeróżnych zwierząt.
Wzdrygnęłam się.
- Nie jest tak źle. Masz rękawiczki.
Podał mi tak wielkie rękawiczki, że zmieściłabym tam spokojnie cztery pary rąk.
Hagrid wyszedł na chwilę z chatki, a po chwili wrócił z sześcioma, ogromnymi dzbanami, które śmierdziały jak... Fu.
- No więc... Jak zapewne zaraz zauważysz... W środku mają pełno liści, mięsa...
Nie słuchałam go dalej bo wybiegłam przed chatkę i zwymiotowałam. Najzwyczajniej w świecie mnie zemdliło.
- Rose, wszystko do... - Urwał, widząc mnie.
- T-tak... Wszystko d-d-dobrze... J-już idę...
- W takim stanie? Powiem profesor McGonagall...
- Hagridzie, nic mi nie jest! Po prostu... Trochę zemdlił mnie zapach tych dzbanów.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Może chcesz...
- Wystarczy mi klamerka.
Gajowy podszedł do suszarki na dworze, ściągnął jedną klamerkę i podał mi ją. Założyłam ją sobie nas nos... I tak przez dwie godziny myłam dzbany... Eh, mam nadzieję, że to mój ostatni szlaban...
Była godzina 24.00. Właśnie wychodziłam z chatki. Przyznam, trochę się bałam. Nagle... Wpadłam na Scorpiusa. Matko, ten chłopak jest wszędzie.
- Hej Rose, co ty tutaj robisz o tej porze? - zapytał z uśmiechem.
- Mogę się o to samo spytać ciebie. - odparłam z uśmieszkiem.
Zarumienił się. Tak mi się przynajmniej wydawało, bo panowały Egipskie Ciemności.
- Spytałem się Albusa, bo...
Teraz to ja spiekłam raka. Na szczęście on tego nie widział.
- I nie chcę, żebyś sama szwendała się o tej porze.
Jaki opiekuńczy. Pff.
- Jeżeli pozwolisz, odprowadzę cię do dormitorium.
- T-tak... Oczywiście...
Uśmiechnął się, łapiąc mnie za rękę.
Szliśmy po schodach, uciekając przed Filchem.
Kiedy weszliśmy po chyba tysięcznym schodku i znaleźliśmy się przed portretem, Scorpius pochylił się i... Pocałował mnie w usta. Tak po prostu. Odwzajemniłam pocałunek i kleiliśmy się do siebie tak kilka minut, aż usłyszeliśmy, że ktoś wchodzi po schodach. Odsunęłam się i powiedziałam szeptem.
- Dobranoc.
- Dobranoc. - odpowiedział również szeptem.
ZA DUŻO WIELOKROPKÓW!!!!!!!!
OdpowiedzUsuńNIE STAWIAJ ICH PO KAŻDY "NAGLE"
Rozdział rzeczywiście krótki, ale na to da się zaradzić.
Albo daj sobie więcej czasu, albo nie podawaj terminu następnej notki. Więcej opisów, emocji... Wtedy będzie super ;*
Weny!
PS. Zapraszam na bloga koleżanki: story-of-chloe-and-charlotte.blogspot.com :D
Basik Hejtor! ;*
UsuńNie, sory wymagacz! :3
~Chady
Nie, Basik pomagacz ;3
UsuńFakt rozdział krótki, ale dobry!
OdpowiedzUsuńNajbardziej podobała mi końcówka!
Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy!
Życzę weny!
Dziękuje! ;*
UsuńCudny, zresztą jak zwykle. Po co więcej pisać?
OdpowiedzUsuńSuper się czyta Pozdrawiam i czekam na Next!
Bardzo dziękuje! :*
Usuń